Jadwiga ciężko wzdycha.
Wie pan, panie Anzelmie, ja też mam dosyć dzisiejszego dnia. Poza tym takie typy,
jak tamci żołnierze, czasem wracają na miejsce, w którym narobili zamieszania.
Wie pan, to odruch, taki sam jak kiedy pies narobi na drzewo i uzna je za swoje.
Ja bym wolała, aby wtedy ktoś tu był, ojciec albo przynajmniej jakiś porządny
kelner, a nie ten pajac, co uciekł, jak tylko się zaczęło. W każdym razie na dzisiaj
zamykam lokal.
Ale pan... pan może zostać. Godzinę, dwie, czy ile panu trzeba na dojście do siebie.
Ja będę na zapleczu, proszę zawołać, gdyby pan czegoś potrzebował.
Uprzejmie dziękujesz Jadwidze. Mówisz jednak, że nie zostało ci znów tak dużo czasu do egzaminu. Kłaniasz się jej i wychodzisz
Siadasz gdzieś w kącie. Jadwiga wycofuje się na zaplecze, machając niepewnie ręką. Jest blada i przestraszona. Ty też zapewne nie wyglądasz najlepiej, sądząc z odbicia, jakie rysuje się w szybie. Na stoliku dostrzegasz gazetę i uznajesz, że chwila lektury ukoi twoje skołatane nerwy.