tu wstaw nazwę koloru,
tu wstaw przymiotnik


ląduje. światła łączą się w miasto, ziarenka piasku
w kolorystykę lotniska. ono ma poziom, podłogę
na której właśnie chłopak ustawia dwie świeczki,

aby kierować lotem. dziś mu się uda, uległe
powietrze uformuje kolumnę, wesprze skrzydło.
to, napięte, zaśpiewa "alija, alija",

samolot zniknie. bo nie ma państw, do których
można się wznosić. to słowo nurkowało
pod ziemią, jadło jej tłuste ryby, teraz stawia

sieć. pogranicznik kiwa głową jak pława,
a gdy przysypia, widzi jednokierunkowe
korytarze powietrzne, samoloty

zawieszone jak wota, złote gwoździe rakiet
wbite w kopułę. tam można konstruować
dowolne firmamenty, podczas gdy pod nimi

(tu wstaw nazwę koloru, tu wstaw przymiotnik) serce
zaciska się, rozkurcza, porusza i drży.

izrael, erytrea


kraju się nie wyświetli na żółtych ekranach
pustyni. kraj się pisze przeciw nim.

przeciw kroczącym wydmom tworzy się ustawę
aby nie ścinać drzew owocowych. jej korzeń

przerasta piasek jak papierowa żyła
miękka od wody. kraj zatyka się

rozmoczonym papierem, schnie w słońcu pustyni,
w końcu twardnieje w rzeźbę. kraj tkanki ma z kartek,

z ekranu, z noktowizora. patrzy się w pustynię,
z której przychodzą tamci, wykarczowani,

których nie wszczepi w korzeń. których zmiesza
z piaskiem, zmyślnie ukrytym pod napietą warstwą

ziemi, jej tamburynem, bębnem, całą perkusją,
jej marszową muzyką. których rozsypie, bo patrzy

ze środka zamkniętego ziarnka. nie wie, że
z wysokości łodygi ujrzałby ich tak:

ścięte oliwki, żółte piksele ognia
pod korzeniami cytryn, porąbane palmy.

jeruszalaim, jeruszalaim

co widzi bomba: deszcz potem miasto z piasku
potem korzeń świątyni. bomba celuje w rozszczep,

w biały ślad, który przerąbał dziedziniec
na część męską i żeńską. deszcz pada, rozmywa

cienką popielną linię, eksterytorialny
korytarz muzułmanów. piasek uwalnia się

spomiędzy płytek elewacji jak punkty
z kostek domina. teraz podlicz to wszystko

ale odejmij wybuch. państwo odejmij i terror,
suma się zgodzi. złote miasto

rozmieni się na drobne, na jeszcze drobniejsze
niż potrafiłbym nazwać. na włókna papieru

w szczelinach muru, każde z własnym tramwajem
i chwiejnym stosem białych płytek, kościaną grzechotką.