Rozdział I. Kac

Najpierw jest sen, a w nim wszystkie scenerie są chwiejne. Lina kołysząca się na haku wbitym w kruchą, wapienną skałę, do tego jeszcze deszcz spływający po rękach. Poniżej przystań i fale kipiące na skałach. Skok i zmywany przez sztormowe fale pokład pancernika, po którym czołgasz się do maszynowni. Rozwibrowany, lśniący od smaru silnik. Ostatnia pięciozłotówka, która wpadła między jego tryby. Obok coś bliżej twojego dziennego doświadczenia: mechanik, który próbował wyciągnąć swoją. Jego rozcięte powłoki brzuszne i absurdalnie wielka, stłuszczona wątroba, a obok żyła, którą usiłujesz schwycić w coraz bardziej śliski zacisk. Przecież to miała być sekcja, a nie operacja, tego mnie nie uczyli, nie umiem tak, ratunku!

Kiedy nie możesz już wytrzymać, otwierasz oczy. Jesteś spocony, pewnie stąd ta śliskość. Twój wzrok z trudem ogniskuje się na małej fiolce z ciemnego szkła. Fiolka spoczywa jak zwykle na półce, półka wisi nad łóżkiem, nad głową odwróconego do ściany współlokatora. Kiedy na niego spoglądasz, Jerzy zaczyna wirować.

Spryciarz miał rację, wcześnie opuszczając wasze koleżeńskie spotkanie, nawet jeżeli podążył w noc po prostu w kolejnym ze swych szemranych interesów. Ty zaś zostałeś z kumplami, wódką od Baczewskiego i cienkim, słomkowym piwem. A teraz za to płacisz. Wciąż kręci ci się w głowie i wiesz, że to źle, chociaż zupełnie nie pamiętasz dlaczego. A potem nagle przypominasz sobie i znowu zimny pot cię oblewa.