Jesteś, jak powtarzają wykładowcy w momentach, kiedy na chwilę przestają mówić o tkankach, narzędziach do ich rozcinania i odsłanianych w ten sposób zmianach patologicznych, jednostką potencjalnie pożyteczną dla Wielkiej Polski. Będziesz ratował jej obywateli, składał do kupy jej żołnierzy, mężom stanu zamykał oczy do zasłużonego wiecznego snu. Wszystko dlatego, że jesteś studentem ostatniego roku Warszawskiej Akademii Medycznej.

Jesteś jeszcze pijany, stwierdziłeś to od razu po przebudzeniu bladym świtem, a za godzinę będziesz miał potężnego kaca. Pójdziesz z tym kacem na egzamin końcowy, który z kolei zaczyna się za cztery godziny, potrwać zaś może i kolejne cztery, bo przeprowadza go całe trzyosobowe konsylium. Wiesz, że w tym stanie niewielkie masz szanse na zdobycie dyplomu. Trzeba by nadszarpniętą kondycję podreperować, lecz jak?

Przypominasz sobie, że najlepsze rozwiązanie jest ci niedostępne. Najchętniej zwinąłbyś się po prostu w pościeli w mały, ciepły, zionący przetrawionym alkoholem kłębek. Niestety Jerzy przebąkiwał coś o ważnym dla niego spotkaniu - takim tonem, że nie byłeś w stanie wywnioskować, czy to z klientem sprawa, czy z kobietą.

Gorączkowo rozważasz pozostałe ci opcje:


Wyjść w ten chłodny poranek, poszwendać się po mieście, być może od tego cokolwiek rozjaśni się w nieprzytomnej głowie.

Wydobyć z kredensu przygotowany zawczasu słój z kiszonymi ogórkami, zjeść je, wypić zalewę, żuć nawet koper i czosnek, przecież od kwasu mlekowego się trzeźwieje.

Zbudzić chrapiacego na sąsiednim łóżku Jerzego, niech ci zaaplikuje swoją słynną kroplówkę, która i trupa, takiego prosto z sali sekcyjnej, do sił przywrócić by mogła, a co dopiero młodego, zdrowego studenta.