Jerzy, kiedy mu opowiadasz o Cygance, wygląda na wyraźnie zdenerwowanego. Potem wybucha. Śledzą mnie - powtarza. - Wciąż patrzą mi na ręce na zajęciach z farmaceutyki, jakby myśleli, że się połaszę na te ich preparaty, jakby było na co. Sami powinni wiedzieć, że są źle oczyszczone i że się do poważnych robót nie nadają. Woźny wciąż za mną chodzi, szatniarz zagląda do płaszcza, jakbym tam trzymał nie wiadomo co. Policja, tak, policja także jeździ tutaj zdecydowanie za często. Teraz ta Cyganka... Jesteś dobrym kolegą, i to bardzo ważne, że mi opowiedziałeś o tej dziwnej rozmowie... Tyle że teraz zaczną chodzić także za tobą. Może i dobrze, moich oczu i uszu już nie wystarczy, by dawać na nich baczenie. Tylko że twoje też nie dadzą rady, jutro o tej godzinie będziesz praktycznie ślepy... Nie, nie bój się, nie mówię o działaniach ubocznych, tych nie stwierdziłem. Wzrok bez preparatu to jest ślepota! Co ja mam robić? Wiesz co, dam ci fiolkę, za darmo, na początek. Następną też, jeżeli tylko będziesz mnie ostrzegał, kiedy trzeba. To co, umowa stoi?
W milczeniu ściskasz mu rękę.
Mówisz: ja się do tego nie nadaję.