Cyganka wpatruje się w ciebie oczyma rozżarzonymi niemalże do białości.
Mądrze pan mówisz i dobre pytanie zadajesz, więc i odpowiem. Nie może być tak, że wiedza, której w waszym języku nie da się wypowiedzieć, którą ja otrzymałam w sekrecie od matki, ciężarem tych samych tajemnic przez jej z kolei matkę obarczonej, będzie dostępna w aptece, w fiolkach z ciemnego szkła. Ja nie wiem, bo nieuczona jestem waszych nauk, skąd masz ten lek, który lekarstwem nie jest: z ziół, z minerałów, ze zwierzęcych esencji? Nie wiem i wiedzieć nie muszę, bo wiem za to, że wy na taką wiedzę nie jesteście gotowi.
Bo to się na poczatku wydaje takie łatwe: z układu ledwie widocznych zmarszczek czytać myśli, afekty odgadywać z tego, jak ktoś oddycha, zdrowie z tysięcznych szczegółów... A czasem ujrzeć też coś, o czym się nie wie, skąd pochodzi, ale co jest tak samo prawdziwe, jak owe szczegóły. Pewnie, że dzisiaj to dla pana jest dobre: możesz pan zrobić wielkie wrażenie na człowieku od którego pana przyszły los będzie zawisłym, albo odgadnąć uczucia kobiety, do ktorej dotąd wzdychałeś pan z daleka. Ale co dalej? Wyobraź pan sobie kraj, miasto, ród czy choćby rodzinę, gdzie wszyscy tak na wszystkich umieją patrzeć... Mym zdrowiem ręczę, tacy od siebie by wszyscy precz pouciekali, żeby się tylko nie pozabijać wzajemnie.
Odpowiadasz: Krytyka ta jest nazbyt surową. Brzmi tak, jak gdyby jakieś osobiste nieszczęście było tu przemieniane na rządzące światem, bezwyjątkowe prawidło.