Z początku nie słyszysz nic ciekawego: konie, dowódcy, kobiety, w tej właśnie kolejności. Potem jednak pojawia się temat, który cię żywo interesuje, bo oto żołnierze zaczynają snuć wspomnienia, w trakcie których pada znane ci nazwisko.
Wyobraź sobie poligon, bagna poleskie i trzydniowy deszcz. Drogi rozmokły, a nas i tak gonią, jakby od tego los Ojczyzny zależał. Szeregowi są wściekli, plutonowi klną no i próbują, psia ich mać, uwinąć się z dziennymi rozkazami pół dnia, aby móc chociaż onuce wysuszyć. I stało się nieszczęście, koło od armaty przejechało jakiemuś głupiemu Jasiowi po nodze. A był w pobliżu ten Kleist, co go potem jeden generał do cywila posłał, a drugi profesurę na Akademii Medycznej załatwił.
Podchodzi Kleist do Jasia i mówi: Źle z tobą, chłopie. Nogi nie uratuję, bo tutaj nie szpital, a zanim po tym błocie dojedziemy, wda się gangrena i będzie koniec. Znaczy, rżnąć trzeba, a potem drewnianą wyfasować. Ale jest jeszcze jeden sposób. Zamiast rżnąć, można ją zmienić w takie drewno nieczułe, tyle że do żywego ciała przyczepione, którym daleko łatwiej będzie ci powodować. Tylko to, widzisz, taka procedura eksperymentalna, znaczy musisz podpisać papiery, że to robimy na twoją, Jasiek, odpowiedzialność. Wybieraj. I tak go, rozumiesz, zbajerował, że chłopek tę wariacką propozycję przyjął.
I co się stało? Naszykował Kleist jakichś cholernych rurek, strzykawek, cudów, jakie prędzej mechanik niżeli doktór miałby na podorędziu. Chłopek wyje, jak gdyby żywcem się gotował, a ten mu tłoczy w żywe ciało cholerny impregnat, świństwo tamto od Putiatyckiego. Noga zrobiła się fioletowosina i całkiem twarda. Na drugi dzień chłopek wstał, spakował swoje manatki i pojechał do domu.
I wszystko byłoby dobrze, jakby go nie znalazł jakiś adwokacina z PSL-u. Nagłośnił sprawę, że eksperymenty na ludziach, że zgroza robić takie rzeczy. I tak to biedny Kleist się musiał z wojskiem pożegnać.