Wojskowi spoglądają na ciebie groźnie. Jeden z nich cedzi przez zaciśnięte zęby:

- To pańska sprawa, dopóki stoisz nam pan na drodze jak jakiś, z przeproszeniem, Rejtan.

Masz wrażenie, że szuka zaczepki - ale po co, skoro już zapowiedział, że idzie bić? I nagle rozumiesz, że on się po prostu boi, że chętnie wybrałby sobie łatwiejszego przeciwnika niż zwalisty dziennikarz siedzący przy środkowym stoliku.


"Ależ panowie..." - odzywasz się nieśmiało.

Usuwasz się żołnierzom z drogi.